ormuss blog

    Twój nowy blog

    Mniam


    Numer chodzi za mną odkąd jakieś daw miesiące temu usłyszałem go w Tróje i byłem święcie przekonany, że to Lili Alen nagrała jednak dobrą płytę, a „It’s Not Me, It’s You” to jedynie jakiś dziwny zbiór spadów i strony Be singli. A tu jednak Mika. Trochę się boję całej płyty, ale może jednak?

    Jako szczęśliwy posiadacz kredytu we frankach szwajcarskich, któremu dziś wieczorem bank ściągnie kolejną ratę, chciałem wygłosić oficjalny stejtment:

    Balcerowicz musi wrócić!

    Tra by tak coś w końcu podsumować.
    Z muzyką jakoś mi nie idzie, bo dopiero jestem na odsłuchiwaniu powtórek, ale przynajmniej z filmami jest prościej dzięki liście premier na stopklatce. Lecąc więc premierami:

    Widziało się ich marne 39, w tym 30 w kinie. Zalełości do zobaczenia zostało drugie tyle (w tym pewnie połowa to filmy roku)

    A lecąc cyferkami:

    1. Sekrety
    2. Once
    3. Mroczny Rycerz
    4. Aż poleje się krew
    5. Pokuta
    6. 33 sceny z życia
    7. Pociąg do Darjeeling
    8. Juno
    9. Lejdis
    10. W dolinie Elah

    wow

    Brak komentarzy

    No, takiej popeliny to ja mogę słuchać. Pani Gaga ma u mnie dużego plusa

    A w sumie by wypadało podsmumować 2008, tylko czasu jakoś braknie.
    To może chociaż kandydatka do piosenki roku:

    Jeju, ale ten czas leci. Najlepszego Moi mili.

    I jeszcze by tradycji stało się zadość pocztówka dźwiękowa


    The Librarian

    The Librarian: Curse of the Judas Chalice

    I nawet ma dobre recenzje!

    Na początku trzeba zaznaczyć, że skorpiony z natury nie są monogamiczne. Z tego więc powodu ormuss umówił się tej jesieni z trzema wyjątkowymi kobietami. Pierwsza randka okazała się nad wyraz udana. Wielki szacun dla profesjonalizmu, talentu i szacunku dla słuchaczy. Za dwa tygodnie druga randka. W gruniu zaś wybieram się na krysmys galę z tą Panią. Dla tych, którzy jeszcze się nie nabyli polecam  kontakt bezpośredni z erą jazzu. Mają jeszcze u siebie przystawki w bardzo sympatycznych miejscach Kongresowej, które do dystrybucji nie trafiły.

    Muzycznie swoją drogą dzieje się pięknie ostatnio także w kinie. Po świetnych Sekretach, na WFF  można było zobaczyc tę perełkę, po której zamarzł mi się w Warszawie letni festiwal muzyki ulicznej, w którym wzięli by udział wszyscy bohaterowie tego filmu. Pojawił się w nim tez na chwilę Keb’ Mo’, o którym już prawie zapomniałem, więc po powrocie zacząłem grzebać, co tam ostatnio porabiał. I tu powraca wrażnie, że jednak stary ze mnie dziadyga i nie do końca idący z czasem, postepem i osiągnięciami. W szczególnosci, jak szukam „Imagine” w wykonaniu tego Pana, a znajduję taki oto filmik.
      

    Na stronie głównej popularnego portalu gazeta.pl, należącego do wydawcy szacownej Gazety Wyborczej, znalazłem dziś artykuł pod tytułem „Jesienna gorączka koncertowa” znajdujący się na serwisie Infmuzyka. W artykule tymże wyczytałem m.in., iż Warszawę nawiedzi niejaki Leonard Cohen i że podczas jego koncertu „Nie powinno zabraknąć też porywającej wersji „Hallelujah”, kompozycji z repertuaru Jeffa Buckleya.”

    Zdanie to przeczytałem dwa razy, bo coś mi nie pasowało. Zaraz, przecież to nie wersja Cohena jest porywająca, tylko właśnie… Buckley’a… I dopiero w tym momencie z ust wyrwało mi się sakramentalne „dżyzuskurwajapierole”. Potem przeleciało mi przez głowę kilka flashbecków . Np. jak to dawno temu jakaś dziesięcioletnia dziewczynka słysząc na ulicy jeden kawałek The Police krzyknęła „ojej, ktoś przerobił Puff Daddy’ego!

    I wtedy już wiedziałem czyja to wina! Mniej więcej w tym samym czasie, gdy oburzona dziesięcioletnia dziewczynka z kompletnym brakiem zrozumienia pierwszy raz w życiu słuchała „Every breath you take” Grzegorz Brozowicz w śp. Machinie postawił na młodzież. Nagle gdzieś zniknęły recenzje Chojnackiego, Piekuta, czy Łobodzińskiego, a na scenę wkroczył Pan Prokop. Za nim cała indi armia gównarzerii. Swoją drogą legenda głosiła, że Prokop do Machiny dostał się dzięki wytknięciu jej redaktorom błędów merytorycznych.

    Pan Propkop jest teraz gwiazdą telewizyjną, a indi gównarzeria rozlała się po wszystkich gazetach i gazetkach dla modnej indi młodzieży by opiniotwórczo kreować rzeczywistość muzyczną. Teraz zapewne kolejne pokolenie indi młodzieży wychowane na krytyce muzycznej indi gównarzerii rozpoczyna swoją przygodę dziennikarską w takich portalach muzycznych, jak infomuzyka informując kolejne dorastające właśnie pokolenie indi młodzieży, że pojęcie „muzyka” pojawiło się gdzieś w 1994 roku, no może chwilę wcześniej, bo o Nirvanie trzeba jeszcze pamiętać. Dla co ambitniejszych może jednak to w 1980 roku, bo przecież większość ich ulubionych kapel wymienia jakąś tam płytę Closera, chyba „Joy Division” się nazywała.

    I tak wyrasta nam kolejne pokolenie muzycznych intelektualistów, bo jeśli autor wspomnianego artykułu powołuje się na Buckley’a to musi przecież siebie za takiego uważać. Buckley to przecie ambitny repertuar! W tym momencie zaczynam doceniać dziennikarstwo i profesjonalizm Marka Sierockiego.

    Sekrety

    2 komentarzy

    Są filmy, które tandetnie wykorzystują muzykę i dlatego od miesiąca bronię się wszystkimi kończynami przed Mamma Mia.
    Są też filmy, w których muzyka ma znaczenie i naprawdę potrafi poruszuć. Dlatego marsz do kina Sekrety.
    A dziś od rana wziąłem sie w końcu do nauki, bo pełna dyskografia Niny Simone już prawie od roku z wyrzutem na mnie patrzy. Po Sekretach dodatkowej zachęty już nie trzeba.



    • RSS